Blog

Licytacje deweloperskie – patologia czy znak czasu?

Wszystkich, którzy interesują się tematem, od wielu miesięcy wszelkie znaki na niebie i ziemi informują o galopujących cenach nieruchomości, o kolejnych rekordach za metr, o tym jakież to fantastyczne czasy notuje rynek pierwotny i rynek wtórny. I chociaż wielu z nas ma już przesyt sensacyjnych nagłówków w stylu „Białystok przekroczył granicę 10 tys. zł za metr” albo „W najbardziej prestiżowej lokalizacji w mieście nie ma już wolnych apartamentów”, to wcale nie można powiedzieć, że o rynku nieruchomości powiedziano już wszystko. Polskę obiega na przykład ostatnio informacja o niekonwencjonalnych ruchach deweloperów – i o tym warto wspomnieć. Ciekawostką (wcale nie nową) są licytacje deweloperskie. 

Znaną praktyką, stosowaną właściwie od lat, są castingi na wynajem mieszkania. Wynajmujący zaprasza na jedną godzinę kilku chętnych i obserwuje, któremu z nich najbardziej zależy. Oczywiście naturalnym elementem staje się podbijanie ceny, ku zadowoleniu wynajmującego. Obserwowanie relacji społecznych i zachowań ludzkich w tej niecodziennej, bądź co bądź, sytuacji – bezcenne. Spośród technik sprzedażowych, ta jest jedną ze skuteczniejszych – jeżeli pominiemy aspekt kontrowersji natury etycznej. W dobie hossy na rynku, deweloperzy postanowili zastosować pewną hybrydę tego rozwiązania. Najbardziej oczekiwanym towarem, z uwagi na nieco mniejszą dostępność i zwiększone zainteresowanie podyktowane częściowo czasem epidemii, są domy wolnostojące (ostatecznie zabudowa szeregowa). Chodzi oczywiście m.in. o kawałek własnego ogródka, o to żeby ewentualny lockdown czy kwarantannę spędzać nie tylko w czterech ścianach mieszkania, malejącego z każdym dniem zamknięcia w domu. Nierzadko zdarza się, że tą samą nieruchomością interesuje się więcej niż jeden chętny. Zamiast z defaultu prezentować wysoką cenę za metr, deweloper wywoławczo wrzuca stawkę rynkowo atrakcyjną – i obserwuje jak zainteresowani inwestorzy sami kreują ostateczną wartość swojej wymarzonej lokalizacji. Dla zachowania pewnego porządku i kultury w procesie, licytacje deweloperskie odbywają się najczęściej zdalnie. Oferenci przesyłają swoje propozycje, znając jedynie cenę wywoławczą i mając na względzie poziom własnej desperacji. Sprzedający zawsze wychodzi z takiej operacji zwycięsko. 

Można się oburzać, ale wykorzystanie możliwości rynkowych w taki sposób mieści się jednak w ramach szeroko rozumianej etyki zawodu i nazywanie takich praktyk patologią to ewidentne nadużycie. Od lat to poziom zainteresowania kształtuje ceny nieruchomości, więc formuła aukcyjna wpisuje się po prostu w zasady konkurencji wolnorynkowej. Czy braliście udział w takich licytacjach? Czy wzięlibyście w nich udział? Jeżeli potrzebna będzie pomoc lub porada specjalistów z branży – łatwo nas znaleźć 🙂

Więcej

Kupić, czy wynająć? Wybierz mądrze!

Statystyki są nieubłagane: zdecydowana większość respondentów w badaniach przeprowadzanych na potrzeby różnych wywiadowni, gdzieś mieszka. Statystycznie jest to kobieta albo mężczyzna, w dowolnym wieku i wzroście, zlokalizowana w mieście lub na wsi, zamieszkująca mieszkanie lub dom. Badania potwierdzają jednocześnie, że osoby ambitne, samodzielne, najczęściej dorosłe – albo wynajmują, albo dokonują zakupu nieruchomości. Mając tak precyzyjnie określoną grupę docelową, można przejść do analizy rynku i dokonać transpozycji analizowanej sytuacji na indywidualne położenie wskazanych konsumentów. 

Gdyby ktoś pytał, to rynek nieruchomości nadal pędzi. Ceny przekraczają kolejne granice, chętnych nadal nie brakuje, deweloperzy kopią, murują i wykańczają, apartamenty schodzą na pniu. Czyli, jak zwykle. Nie zmieniło się również to, że decydując się na wybór lokum, każdy klient ma co najmniej dwie opcje. Może na pewno skorzystać z bogatej oferty wynajmu, która w każdej miejscowości jest dostępna właściwie „na każdy portfel” i w każdej konfiguracji pod względem relacji ceny do standardu. Może również zakupić dom lub mieszkanie (albo je wybudować) – za gotówkę albo posiłkując się kredytem. 

Co wychodzi lepiej? Jedna i druga opcja ma swoich zwolenników, każda z nich ma równie wielu sceptyków. Nie da się jednoznacznie ocenić, która z dróg jest pisana akurat Tobie. Poza argumentami i kwestiami finansowymi, pozostaje jeszcze około miliarda pozalogicznych czynników, które mają wpływ na decyzje konsumenckie. Biorąc pod uwagę finanse – dziś jest moment, w którym trzeba powiedzieć jasno: rynek wynajmu stał się równie rozpieszczony, jak rynek deweloperski. Ceny już nie szybują pod sufit – one już dawno ten sufit oglądają z góry. Czy kredyty po podwyżce stóp procentowych potrafią podrożeć na tyle, żeby raty były wyższe niż ceny najmu? Nic na to nie wskazuje. Biorąc pod uwagę ceny wynajmowanych lokali mieszkalnych, które aktualnie znacznie przewyższają ratę kredytu za analogiczny metraż – należałoby poważnie rozważać zakup. 

Oczywiście, może się pojawić jeden drobny niuans – zdolność kredytowa. A zaraz za nim drugi, nieco większy – wkład własny. Obaj zawsze figlarnie zerkają na wszystkich klientów, którym nasi doradcy finansowi pomagają w wyborze najlepszego rozwiązania. Tak tak, bo doradcy ds. nieruchomości mają u nas profesjonalne wsparcie – dzięki czemu cały proces odbywa się szybciej a transakcja najczęściej dochodzi do skutku. 

Kupić, czy wynająć? Z pewnością potrzebna byłaby indywidualna rozmowa, ocena faktycznej sytuacji, zbadanie zdolności, przedstawienie możliwych opcji, wraz z konkretnymi przykładami apartamentów przeznaczonych na zakup lub wynajem. Jedną i drugą ścieżką nie warto iść samotnie 🙂

Pozdrawiamy!

DGO 🙂

Więcej

Ceny PREMIUM w Polsce B? Rynek pierwotny szaleje

Zarabiaj w Polsce A, wydawaj w Polsce B? To hasło z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia już dawno straciło na aktualności. Tylko, że dotychczas mówiło się tak raczej o kosztach tak zwanego „życia” – w sensie: mięso, jaja, pieczywo, sushi – czyli tylko rzeczy niezbędne do przeżycia. Tymczasem rynek nieruchomości, zwłaszcza w segmencie nowych mieszkań, coraz mocniej sugeruje że mieszkańcy Polski wschodniej zasobnością portfela wcale nie odbiegają od metropolii takich jak Gdańsk czy Wrocław. Bo w czym taki Białystok czy Lublin jest gorszy, żeby nie mógł mieć drogich apartamentów? W niczym! – wołają podlascy deweloperzy. 

To już oficjalne – cena metra kwadratowego w rynku pierwotnym w Białymstoku przekroczyła odważnie kwotę dziesięciu tysięcy i nie zamierza zawracać. Zainteresowanie nieruchomościami nie słabnie, a napędzające się ceny osiągnęły kolejny rekord. Przykład dają oczywiście najwięksi deweloperzy – bardziej nieśmiało prezentują swoje oferty choćby Apartamenty Jagiellońskie w Białymstoku. Co prawda nie wskazują oni na swoich stronach internetowych ceny za metr, ale mając podany metraż w totalu oraz cenę łącznie, inwestor może wyliczyć, że jest to okolica dziesięciu tysięcy właśnie. Szybka ścieżka: otwieramy smartfon – Menu – aplikacje – kalkulator. Transparentnie i wprost natomiast komunikuje się na przykład Rogowski Development, prezentując swoją Złotą Rezydencję.

Jak na nazwę przystało, inwestycja się ceni. Stawki za metr przewyższają 10 tysięcy i póki co jest jeszcze sporo dostępnych apartamentów – ale chcąc wybrać sobie idealne „M”, zapewne warto się spieszyć. Rynek pierwotny na Podlasiu ewidentnie w natarciu i nic nie wskazuje na konieczność hamowania. Związek Banków Polskich informuje o rekordach w sprzedaży kredytów hipotecznych, co dodatkowo nakręca atmosferę.

My w Developergo dwoimy się i troimy, żeby w tym zakupowym szaleństwie wspierać klientów, doradzając rozwiązania zdroworozsądkowe i mocno wsłuchujemy się w oczekiwania inwestorów. Jest z czego wybierać, a ceny pewnie jeszcze lekko podskoczą – o czym oczywiście będziemy informować. Stay tuned!

Więcej

Mieszkanie dla osoby niepełnosprawnej

Czy w okresie żniw, kiedy każdy zbudowany metr kwadratowy schodzi na pniu (czasem nawet bez oglądania), deweloperzy mają interes w tym, żeby dbać o udogodnienia dla niepełnosprawnych?

Urzędy od wielu miesięcy mierzą się z nowymi wymogami przepisów ustawy o dostępności. Chodzi w skrócie o stworzenie osobom z różnymi dysfunkcjami łatwego dostępu do realizacji swoich urzędowych spraw. W idealnym świecie powinny zniknąć bariery architektoniczne a na osoby niesłyszące powinien czekać w urzędzie tłumacz migowy. W praktyce postawiono po prostu na większą czcionkę na stronach www instytucji publicznych. A czy sektor prywatny też pochyla się nad osobami niepełnosprawnymi? Czy jest sens, aby stosować dodatkowe udogodnienia mimo i tak świetnej oferty – która dodatkowo znajduje się od miesięcy na fali wznoszącej? Chodzi oczywiście o deweloperów, którzy nie muszą martwić się o klienta – a jednak.

Osoby niepełnosprawne to pokaźny kawałek rynku – Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych wskazuje, że ponad 63% z nich deklaruje potrzebę zamieszkania oddzielnie od rodziny, aby zyskać większą samodzielność. Warunek jest taki, że mieszkania i domy będą spełniać warunki do takiej samodzielnej egzystencji. Nie chodzi o jakieś mega zaawansowane rozwiązania technologiczne. Oczekiwania są takie, żeby na przykład nie było progów, żeby drzwi były na tyle szerokie, by przepuścić wózek inwalidzki, aby włączniki światła i panele rządzeń elektronicznych były na odpowiedniej wysokości, by dostęp do windy był odpowiednio zaprojektowany. Nic skomplikowanego – a czasem jednak problem. 

Na szczęście, większość ofert na rynku spełnia te minimum – a nawet więcej. Deweloperzy mają świadomość, że choćby udogodnienia architektoniczne wspierają nie tylko niepełnosprawnych. Łatwiej jest poruszać się z wózkiem dziecięcym, łatwiej też osobom starszym. Odpowiednio zaprojektowany teren wokół bloków też robi robotę. 

Czy w ofercie Developergo mamy mieszkania dla osób ze specjalnymi potrzebami? Warto zapytać, na pewno polecimy coś extra 🙂

Więcej

Pole w centrum miasta – rolnik od lat opiera się deweloperom

Temat od lat odżywa zwłaszcza w sezonie żniw – bo wtedy najsłynniejszy chyba rolnik w Polsce (no, może oprócz tego, który ciągle szuka żony) wyjeżdża kombajnem na pole. I nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że na ten właśnie kawałek ziemi rolnej zerkają z pożądaniem liczni deweloperzy. I szał na rynku nieruchomości nie jest tu głównym motywatorem. Jest nim lokalizacja. 

W Lublinie przy ul. Jantarowej stoi całkiem potężne blokowisko. Atrakcyjności dodaje fakt, że kilka razy do roku mieszkańcy z balkonów mogą obserwować prace polowe na działce, która leży idealnie na środku. Ileż było negocjacji, ile ofert, próśb i gróźb – wie zapewne tylko jej właściciel, który z zyskiem i satysfakcją od lat uprawia pole, będąc przy okazji obiektem westchnień inwestorów, idolem dzieci i ciekawostką turystyczną Lublina. Mieszkańcy są oczywiście zadowoleni, bo ten kontakt z naturą jest czymś wyjątkowym w skali całego kraju, a nawet szerzej. A zamieszanie związane z sezonowymi pracami rolnika uznają za przyjemną ciekawostkę. Władze mają związane ręce, a inwestorzy szukają intensywnie sposobu na pozyskanie tego wartościowego gruntu. Przy dzisiejszej dynamice rynku i historii związanej z działką, lokale wybudowane w tym miejscu z pewnością sprzedałyby się przed pierwszym wbiciem łopaty. Tymczasem, nic z tego. Lubelski rolnik konsekwentnie odmawia jakichkolwiek rozmów o sprzedaży gruntu, a media i lokalna społeczność aktywnie kibicują sprawie. 

W miastach i na ich obrzeżach każdy kawałek ziemi pod blok czy szeregówki jest na wagę złota. Rozumieją to deweloperzy i my – doradcy ds. nieruchomości. Zauważają to mieszkańcy, którym nagle wyrasta kilka pięter w miejscu, w którym się tego często w ogóle nie spodziewają. Zauważają to również właściciele ziemi, którzy zwłaszcza w okresie pandemii z radością podnoszą ceny nawet o 100% i nie mają problemu ze sprzedaniem nieruchomości. Lubelscy inwestorzy będą z pewnością dalej próbować. Ciekawe, czy w innych miastach też są takie miejsca, opierające się urokowi dewelopera…

Więcej

Dom do 70 mkw bez pozwoleń – hit czy kit?

Rządowy program „Polski Ład” zbiera żniwo, zgodnie z zapatrywaniami politycznymi. Zwolennicy rozpływają się nad nowymi rozwiązaniami, opozycja i jej elektorat wytyka całkiem sporo wad. Niewiele jest punktów widzenia pozbawionych esencji emocjonalnej, a szkoda – bo zdrowy dystans pozwala wysupłać wszystkie „za” i „przeciw” w sposób, do jakiego politycznie zabarwione oko zwyczajnie nie jest zdolne. Czy to będzie taka właśnie, obiektywna analiza? Chyba nie. Ale warto próbować…

Jedną z idei rządowego Ładu jest zdjęcie ze zwykłego Kowalskiego niesamowitych obciążeń formalnych i wyprostowanie dróg urzędowych – co trzeba pochwalić, bo każdy, kto choć raz borykał się z koniecznością załatwienia czegokolwiek gdziekolwiek formalnie, wie czym to pachnie. A na pewno wiedzą to doradcy ds. nieruchomości, działający z upoważnienia swoich klientów – a jeszcze bardziej wiedzą to nasi klienci, inwestorzy. Ale do rzeczy: zawinięta jak rondo w angielskim Swindon droga po pozwolenie na budowę śni się po nocach wielu. Ale już niedługo, bo już wkrótce będzie można budować bez formalności – pod warunkiem, że dom nie będzie miał więcej niż 70 metrów kwadratowych. I można by już otwierać szampana, gdyby nie kilka „ale”. Projekt, który szumnie ogłosił Premier 12 sierpnia 2021 r., stawia kilka kłód na tej wyprostowanej drodze. Pierwsza – dom o powierzchni 70 metrów musi być postawiony na działce minimum 1000 metrowej. Niejasna jest wciąż także formuła całego procesu. Ułatwienie jest mimo wszystko znaczne i na pewno podtrzyma pędzący pociąg całej branży budowlanej – tak ocenia Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Warunek jest taki, że ustawa zostanie sprawnie przeprowadzona. 

Ze zmian nie są zadowoleni natomiast architekci, którzy na widok zapowiedzi o opublikowaniu listy projektów takich właśnie domów w cenie 1zł za sztukę, masowo bledli a w wielu miejscach kraju słychać raz po raz echo najpopularniejszych polskich wulgaryzmów. Na forach rządowych hejterzy ironizują, że skoro można już budować bez żadnej kontroli, tylko patrzeć, jak rząd pozwoli na przeprowadzanie we własnym zakresie operacji chirurgicznych i transplantacji organów… 

Nie można zaprzeczyć, że zmiany te znacznie uproszczą prowadzenie inwestycji i przyspieszą cały proces budowlany. Rynek jako całość pozytywnie odebrałby te nowiny gdyby nie fakt, że – jak zwykle – przy tej okazji niektórym jednak dostanie się po kieszeni (jak choćby architektom). Od projektu ustawy do samej ustawy jest daleko – oby była to jednak dobra zmiana.

Więcej

Rynek wtórny szaleje: mieszkania schodzą na pniu!

Prognozy dla rynku nieruchomości od ładnych kilku miesięcy są wzrostowe, pomimo, iż wszelkie znaki na niebie i ziemi wydają się temu przeczyć – na czele ze zdrowym rozsądkiem. Bo kolejny skok ceny za metr, tym razem o prawie 8% rok do roku, to tempo przy którym nawet rynek pierwotny zostaje lekko w tyle. Każda ilość schodzi na pniu. Ba, do lepszych ofert ustawiają się nawet kolejki!

To jakieś wariactwo. Eksperci pukają się w czoło, doradcy ds. nieruchomości nie wyrabiają na zakrętach a ekonomiści nie wróżą nic dobrego. Galopujące ceny wcale nie zatrzymują popytu – czyste szaleństwo. Szczególnie mieszkania z rynku wtórnego o powierzchni 50-60 metrów kwadratowych cieszą się najlepszym wzięciem. W niektórych miastach doszło do tego, że klienci kupują mieszkania bez oglądania! I nie chodzi o wirtualny spacer czy wizualizacje wykonywane dronem. Jeden telefon: ludzie dzwonią upewnić się, czy ogłoszenie jest aktualne i bookują natychmiast. Kto pierwszy, ten lepszy – to jedyna reguła. Takiej sytuacji nawet specjaliści pracujący w branży od lat nie widzieli jeszcze nigdy. 

Lata pandemiczne przejdą do historii nie tylko z powodu lockdownów, kwarantanny, pracy zdalnej, bankrutującej gastronomii czy zamkniętych granic. Takie żniwa na rynku nieruchomości są bez precedensu, a ich współistnienie z kryzysogennym czasem COVID-19 wykracza całkowicie poza ramy wyobraźni. Cóż, z punktu widzenia Developergo wypada się tylko cieszyć – więc podwijamy rękawy, poprawiamy korony i zabieramy się do pracy!

Więcej

Dom z drukarki 3D – it’s real!

To, że technologicznie przeskoczyliśmy już pomysły z „Powrotu do przyszłości”, wiadomo (jeżeli ktoś nie wie, o czym mowa – to proszę pilnie nadrobić lekcje z klasyki światowego kina 🙂 ). Jeździmy autonomicznymi samochodami, latamy w kosmos, w niespełna rok produkujemy szczepionki, budujemy dom całoroczny w dwa dni – a nawet szybciej. Amerykańska armia podobno wyprodukowała wojskowy latający kombinezon, co zdecydowanie wygrywa z „deskolotką” (–>„Powrót do przyszłości”). Pora na kolejną rewolucję, która rozbuja i tak dynamiczny rynek nieruchomości. To domy z drukarki 3D.

Prace eksperymentalne nad technologią 3D w budownictwie toczą się, w różnym tempie, od lat pięćdziesiątych XX wieku. Na przełomie wieków XX i XXI temat mocno ruszył do przodu – w związku z ogólnorynkową modą na drukarki 3D. Przeżywająca niesamowity boom deweloperka nie mogła nie zauważyć i nie wykorzystać takiej szansy. Szybko pojawiły się urządzenia przelewające pomysły architektów i konstruktorów z komputera do realnego świata. Dosłownie – bowiem specjalnie skonstruowana dysza drukarki, jednym kliknięciem myszy wylewa kolejne warstwy materiałów budowlanych na przygotowany fundament. Drukują się ściany, stropy, dachy. Można drukować elementy domu w fabryce i składać je w terenie – albo popisywać się możliwościami technologii 3D bezpośrednio na placu budowy. 

Technologia jest dziś wciąż nowatorska i mało znana inwestorom – a przez to nadal droga. Ma jednak swoje zalety. Znacznie większa jest odporność bryły drukowanej w całości niż elementów łączonych. Czas budowy w tej technologii jest znacznie krótszy, przy znacznie lepszej jakości wykonania. Przy druku 3D otwierają się zupełnie nowe możliwości, jak chodzi o architekturę – wszystko, co przyjmie program komputerowy i zaakceptuje konstruktor, może zostać przeniesione do świata rzeczywistego. Ograniczeniem, w miarę rozwoju tego rozwiązania, będzie w przyszłości wyłącznie wyobraźnia inwestora. To fajne 🙂

Minusy? Na dziś – największym jest cena. Wszystkie pozostałe są raczej symboliczne (odpowiednia pogoda i grunt pod budowę 3D, beton i plastik jako jedyny możliwy budulec). Tego rodzaju realizacja niewątpliwie dodaje co najmniej plus dziesięć do prestiżu inwestycji – i samego inwestora, of course. Szukasz gruntu pod dom z drukarki 3D? Na pewno mamy odpowiedni 🙂 Wystarczy zapytać.

Pozdrowienia!

Więcej

Intercyza a zakup nieruchomości

O tym, że zmienia się polska mentalność, trąbią od dawna opiniotwórcze pisma, cytując psychologów, psychiatrów, socjologów i jasnowidzów. Nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, co jeszcze piętnaście, dwadzieścia lat temu. Zmienia się styl życia, wartości, sposób myślenia i perspektywa. No i tempo, oczywiście. Skomplikowane realia codzienności wymuszają korzystanie z rozwiązań, na myśl o których naszym przodkom oczy się otwierały ze zdumienia a wąs zaczynał nerwowo podrygiwać pod nosem. Intercyza nie jest dziś rozwiązaniem prawnym zarezerwowanym dla określonej klasy społecznej. To narzędzie, które rozważa coraz więcej osób, zwłaszcza prowadzących własny biznes w naszej polskiej, jakże dynamicznej rzeczywistości. Jaki to ma wpływ na rynek nieruchomości? Ano, jakiś tam ma.

Jeżeli na co dzień nie zaglądamy w statystyki, to liczby mogą nas czasem mocno zaskoczyć. Według informacji podawanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości w oparciu o dane przekazywane z kancelarii notarialnych, od 2005 roku podwoiła się roczna ilość podpisywanych tzw. umów małżeńskich. W 2019 roku było ich już ponad 64 tysiące. 2020 rok, mimo pandemii, wcale nie był gorszy – podpisano niespełna 60 tysięcy intercyz. Mówi się, że w przeciągu najbliższych kilku lat dobijemy do stu tysięcy rocznie. Pokazuje to nie tylko ostrożność i perspektywiczne myślenie Polaków, ale także wskazuje na ryzykowne otoczenie, w którym się wszyscy obracamy, które wymusza stosowanie takich rozwiązań. 

Oczywiście, w kontekście finansowania nieruchomości, takie działanie w dość istotny sposób wpływa na zdolność kredytową – co z kolei mogłoby prowadzić do spowolnienia na rynku. Każdy, kto choć odrobinę zerka na branżę, wie, że od kilku ładnych lat bijemy kolejne rekordy sprzedażowe – ku chwale klientów i satysfakcji deweloperów. Dzieje się tak, ponieważ banki na szczęście również zmieniają swoją mentalność – i politykę zarządzania ryzykiem kredytowym, of course. Dzięki temu, nawet małżeństwa z podpisaną intercyzą mogą liczyć na bardzo realną weryfikację zdolności i nie są dyskryminowane z uwagi na rozdzielność majątkową. Dla rynku nieruchomości, w znacznym stopniu finansowanego z kredytów, to ogromna wartość.

Transakcja sprzedaży / zakupu nieruchomości, w której stroną jest tylko jeden z małżonków, może w niektórych przypadkach budzić podejrzenia – co w kontekście obowiązków, jakie mają pośrednicy w obrocie nieruchomościami na gruncie przepisów dotyczących prania pieniędzy i finansowania terroryzmu nieco komplikuje sprawę. Na szczęście, AML to obszar w znacznej mierze polegający na zdroworozsądkowej ocenie uczestnika (obserwatora) transakcji – wobec czego dobrze przeszkolony i świadomy doradca ds. nieruchomości nie powinien mieć problemów na tym polu. 

Psy szczekają, karawana jedzie dalej. Świat idzie do przodu. Klienci, inwestorzy, deweloperzy, instytucje finansowe i pośrednicy uczą się elastycznie reagować na zmiany – i tak jest dobrze. Developergo też jest częścią tej machiny – i jesteśmy zawsze na bieżąco. Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości – zapytaj nas. 🙂

Pozdrawiamy!

Więcej

Współczesne trendy w miejskim budownictwie ironicznym okiem stand-upera

Rola dewelopera na rynku nie budzi wątpliwości – misją jest oczywiście realizowanie marzeń i spełnianie pragnień ludzkich poprzez dostarczanie upragnionych czterech kątów wszystkim potrzebującym, którzy wyrażą taką chęć i posiadają odpowiednią zdolność kredytową. Jest to działalność na wskroś uczciwa i transparentna – a dążenie do rozdysponowania jak największej ilości lokali wśród inwestorów uzasadnione biznesowo. I nikogo to nie dziwi, i nikogo nie irytuje – robota jak każda inna, a przy tym społecznie potrzebna. Tak przynajmniej pokazują kolejne rekordy sprzedaży, jakie rynek nieruchomości notuje w ostatnich latach. 

Ale w kontekście gęstości zabudowy, temat rozwijającego się rynku wcale nie zawsze kojarzy się jednoznacznie dobrze. Chętnie kupujemy mieszkania, stare zamieniamy na nowe, mniejsze na większe, niższy standard zastępujemy wyższym. Dopiero gdy zorientujemy się, że w mieście robi się ciasno a nowe osiedla wyrastają nawet szybciej niż betonowe deptaki w centrach miast – następuje krótka refleksja. My, zwykli ludzie, co najwyżej mrukniemy cośtam pod nosem – ale są eksperci od wokabularnej gimnastyki, którzy potrafią ubrać myśl w celne riposty. Hitem ostatnich tygodni jest występ jednego z najbardziej rozpoznawalnych stand-uperów, który z właściwą sobie ironią wciela się w rolę „patodewelopera”. W naszej branży warto czasem złapać pewien dystans – a satyra jest miejscami bardzo celna 🙂

„Bez barier, bez ograniczeń, bez prywatności”, „żebyś mógł sąsiadowi szklankę cukru przez okno podać” – ileż jest takich osiedli, gdzie sąsiedzi mogą zaglądać sobie w okna 🙂 Satyryk bierze na warsztat nie tylko odległości między budynkami. Prześmiewczym tonem wskazuje na karton-gipsowe ściany oddzielające mieszkania, na notoryczny niedobór miejsc parkingowych, na brak roślinności – zbawienny dla alergików. Oczywiście, stand-up rządzi się swoimi prawami i punkt widzenia komika to pole dla jego bujnej wyobraźni, jednak współczesne trendy w budownictwie noszą czasem akcenty ocierające się o karykaturę. 

Dobrze jest pośmiać się z żartów na każdy temat – ale fakty są takie, że wszyscy korzystamy z dobrodziejstw współczesnej polityki mieszkaniowej. Doradcy ds. nieruchomości z przyjemnością doradzają klientom przy wyborze ofert najbardziej odpowiadających zapatrywaniom – i prawda jest taka, że im więcej ofert tym łatwiej zrealizować plany i marzenia. Dlatego śmiejmy się – ale z dystansem. 

Dobrego weekendu!

Więcej